Nie-dieta,  Zaburzenia odżywiania,  Życiowe tematy

Dlaczego diety nie działają?

Wkurza mnie jak słyszę, że dietetycy zalecają redukcję do 1000 kcal albo inne dziwne twory jak kopenhaskie, Dukany etc… 

A tak, teraz to w ogóle keto jest na tapecie. Wyparło totalnie paleo, które było na podium jakieś jeszcze 2 lata temu… 

Kiedy widzę taki szał, na kolejną “super ekstra cudowną, szybką, jedyną prawidłową i dobrą dla wszystkich” dietę, przewiduję kłopoty. Abstrahując już od ketogenicznej czy innej… A tak! Za sprawą cudownej przemiany Adele, teraz przebija się do mediów dieta sirtfood.

Eliminacje całych grup produktów albo obsesja na punkcie liczenia kalorii nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. Dlaczego? Po pierwsze, sprawdźcie ile kalorii potrzebuje Wasze ciało, żeby funkcjonować normalnie – o zapotrzebowaniu kalorycznym pisałam TU. Po drugie, pozwólcie, że przedstawię Wam pewien scenariusz, ciąg wydarzeń, który znam aż za dobrze…

Bohaterką będzie Zuza. 

Na rynek wchodzi jakaś nowa dieta. Zuza ma akurat kilka kilo do zrzucenia. Tak wyszło, ostatnio miała mało ruchu, w długie zimne wieczory pocieszała się czekoladką…  Czyta wytyczne diety i rekomendacje osób, które obiecują szybkie efekty i rewelacyjne samopoczucie. 

Zuza myśli sobie: “Tak, to jest to! Idzie wiosna, dobrze mi zrobi zrzucenie kilku kilogramów”.

Pełna zapału bierze się za dietę. Wiesza na lodówce listę “dobrych” i “złych” produktów, wyciąga z szafki wagę kuchenną, drukuje tabele kaloryczne. Myśli sobie: “dam radę”. 

Przez pierwsze kilka dni idzie super. Czuje się trochę głodna, ale udaje jej się oszukać organizm popijając większe ilości wody. Zaczęła też ćwiczyć, żeby jeszcze podkręcić metabolizm i zwiększyć deficyt. Na wadze spadły już 2 kg. Wow. To naprawdę działa!

Nadchodzi jednak cięższy dzień. Zuza się nie wyspała bo u sąsiadów była nocna impreza. W pracy stres, w dodatku pokłóciła się z chłopakiem. Spotkanie się przeciągnęło i nie zdążyła zjeść nic w pracy. Po drodze do domu wchodzi do sklepu, żeby zrobić małe zakupy. Jest głodna. Z półki patrzą na nią “zakazane produkty”. Dzielnie walczy ze sobą, żeby ich nie kupić. Pojawia się pierwsza zgubna myśl w głowie: “przecież świat się nie zawali jeżeli kupię sobie X”. Zuza walczy dzielnie z sobą jeszcze chwilę, ale X działa na nią jak magnes. Robi trzecie okrążenie wokół sklepu i jednak poddaje się. Kupuje sobie porcję X. Obiecuje sobie, że to tylko ten jeden raz.. Miała ciężki dzień i jej się należy. Diety przecież się trzymała, ćwiczyła. Jeden “cheat meal” nie zaszkodzi. 

Zuza zjada X, ale nie czuje się usatysfakcjonowana. Gotuje obiad. Bierze dokładkę bo dalej ma wrażenie, że jest głodna. Włączają się jej już wyrzuty sumienia. Zaczyna trochę panikować i dołować się, że nie było idealnie. Z lodówki łypie na nią lista zakazanych produktów, na której jak byk widnieje X. Trochę Zuzę zaczyna nosić, próbuje zająć się czymś, ale obsesja X nie daje jej spokoju. W końcu Zuza pęka. Drżącymi rękami sięga po portfel i klucze, wybiega z domu myśląc “a co mi tam, zjadałam już jeden zakazany produkt, mogę dzisiaj poszaleć, zacznę od nowa jutro”.

Jutro staje się dziś. Zuza znów stara się eliminować produkty i ograniczać kalorie. Wyjątki od diety niestety zdarzają się coraz częściej i coraz trudniej stosować się do wytycznych. 

Pewnego dnia Zuza staje na wadze i odkrywa, że wcale nie schudła, ale wręcz przytyła kilka kilogramów! Jak to się stało? Przecież była na diecie. 

Zrozpaczona i zdołowana porzuca swoje postanowienie i … szuka nowej diety? A może oddaje się bez reszty jedzeniu? Skoro i tak tyje to czym się przejmować? A może postanawia w końcu posłuchać swojego organizmu i wywalić restrykcje przez okno?

Gdybyśmy tylko wsłuchali się w nasze ciało… Gdybyśmy tylko dawali mu odpowiednie, dobre paliwo… Gdybyśmy tylko zdjęli z pożywienia wartości moralne jak “dobre” i “złe”…

Ludzki organizm to inteligentna bestia. Jeżeli będziemy odmawiać mu tego, czego potrzebuje do prawidłowego funkcjonowania, czyli np.będziemy dostarczać za małe ilości białka, węglowodanów, witamin, kalorii etc. to będzie wołał o swoje. Będzie walczył o swoje paliwo jak lew. Dlaczego? Żeby przetrwać!

Dlatego jeżeli drastycznie ograniczasz kalorie, nie dziw się, że masz napady wilczego głodu…

Jeżeli wyeliminowałaś całą grupę składników odżywczych, nie dziw się, że masz na nie ciągle ochotę.

Poza tym, wiadomo nie od dziś, że to co zakazane kusi milion razy bardziej. 

Co więc zrobić? Jakie jest rozwiązanie tego problemu? 

Przestań bić się ze swoim ciałem. Odpuść mu, zadbaj o nie z miłością. Odżyw, nakarm prawdziwym jedzeniem (nie śmieciami), daj mu się wyspać, daj mu pooddychać, weź je na spacer…

Jeżeli nadal nie wiesz jak to zrobić zapraszam na konsultacje dietetyczną lub program Schudnąć bez diety. 

Pomogę Ci zadbać o swoje ciało bez diet, eliminacji i redukcji. Za to z miłością, radością i akceptacją 😀

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.